Żona wróciła z pracy wcześniej niż zwykle i zastała męża z kochanką prosto w łóżku. Zamiast łez i awantur uśmiechnęła się tylko i poszła do kuchni przygotować śniadanie dla „zakochanych”.
Mąż i kochanka nie mieli pojęcia, że to śniadanie zapamiętają na całe życie.

Anna wróciła do domu po porannej zmianie. Dzień był ciężki, więc postanowiła nie robić zakupów, tylko jechać prosto do domu. Weszła po schodach, otworzyła drzwi i od razu poczuła, że coś jest nie tak.
W przedpokoju było zbyt cicho. I jednocześnie niepusto. Obok butów Marka stały cudze szpilki, a na wieszaku wisiał jasny damski płaszcz.
Z sypialni dochodziły stłumione odgłosy, czyjś krótki śmiech, znajome skrzypienie łóżka. W powietrzu unosił się słodki zapach nieznanych perfum. Wiedziała dokładnie, że to nie jej zapach.
Anna zatrzymała się przy drzwiach. Światło padało na dywan. Za drzwiami było słychać obce oddechy.
Otworzyła drzwi sypialni i zamarła.
Na ich łóżku leżeli dwaj ludzie: mąż i nieznana kobieta. Półnago, rozczochrani, zbyt blisko siebie. Na szyi kobiety błysnęła biżuteria. Mark zbledł na widok Anny. Kochanka próbowała zakryć się prześcieradłem ze wstydu.
Anna patrzyła na nich spokojnie — bez krzyku, bez łez, nawet bez gniewu.
— Będę w kuchni, — powiedziała spokojnie. — Ubierzcie się i chodźcie. Musimy porozmawiać.
W kuchni Anna włączyła światło, wyjęła produkty i nóż. Ostrze stukało rytmicznie o deskę.
Mąż i kochanka jeszcze nie wiedzieli, że to śniadanie zapamiętają na całe życie.
Anna kroiła warzywa powoli i starannie. Nóż stukał rytmicznie, prawie usypiająco. Mark i kobieta siedzieli przy stole, spięci, nie wiedząc, po co w ogóle zostali wezwani do kuchni.

Anna postawiła przed nimi talerze i usiadła naprzeciw.
— Najpierw zjedzmy śniadanie, — powiedziała spokojnie. — Jestem strasznie głodna po zmianie. Potem wszystko omówimy.
Mark i kochanka się odprężyli. Mark nawet się uśmiechnął, jakby nagle wszystko wyglądało prawie normalnie. Wziął widelec i zaczął jeść łapczywie.
— Zawsze dobrze gotowałaś, — powiedział.
— Tak, — skinęła Anna. — Ale mam złe wieści. To wasze pożegnalne śniadanie.
Mark spojrzał na nią.
— Co masz na myśli? Wnosisz pozew rozwodowy?
— Nie tylko, — powiedziała Anna i nagle dziwnie się uśmiechnęła.
Mark włożył kolejny kęs do ust i nagle zamarł. Przełknął, zakaszlał i zbledł.
— Co ty… — złapał się za gardło — Co tam włożyłaś?
Anna spojrzała na niego spokojnie.
— Nic niebezpiecznego, — powiedziała. — Ale sama wiesz, jaki jesteś panikarzem.
Zaczął szybciej oddychać. Kobieta obok wyskoczyła z krzesła.
— Masz przecież alergię, — wyszeptała. — Źle się czujesz?

Mark zaczął się dławić ze strachu, nie rozróżniając, co naprawdę czuje, a co tylko w jego głowie.
Anna wstała.
— Leki, nawiasem mówiąc, zabrałam, — powiedziała obojętnie. — Spokojnie, to nie jest trucizna.
Podeszła do drzwi i odwróciła się:
— Całe życie będziesz pamiętał, jak jadłeś to śniadanie i myślałeś, że zaraz umrzesz. Ja będę pamiętać, jak mnie zdradziłeś.
Anna wyszła i zatrzasnęła drzwi. Kochanka ledwo zdążyła zadzwonić po pogotowie, a Marka zabrano do szpitala z alergią na paprykę, która w jakiś sposób znalazła się w jedzeniu.