„Tato, zobacz, dlaczego ta kobieta z dzieckiem śpi na ulicy? U maluszka już sine są usta” — powiedziała mała córka milionerowi, a to, co zrobił potem, wstrząsnęło wszystkimi.
Był noworoczny wieczór. Córka i ojciec wracali z jarmarku bożonarodzeniowego, gdzie kupował jej zabawki, słodycze i wszystko, na co wskazywała palcem.

Dziewczynka nie przestawała gadać, opowiadając, że chce pomyśleć życzenie, a ojciec uśmiechał się i odpowiadał na każde jej pytanie.
Nagle jednak kroki dziewczynki spowolniły. Jej twarz zmieniła wyraz, a głos stał się poważny.
Na zaśnieżonej ławce, dokładnie pod migoczącą latarnią, siedziała kobieta. Spała, opierając się o oparcie, a w ramionach trzymała niemowlę owinięte w cienki kocyk. Dziecko było nieruchome i nie reagowało ani na hałas samochodów, ani na głosy przechodniów.
— Tato, zobacz… — dziewczynka nie odrywała wzroku od ławki. — Dlaczego kobieta tu śpi? Przecież jest mu zimno.
Mężczyzna rzucił szybkie spojrzenie, po czym odwrócił wzrok.
— Chodźmy, kochanie. To nie nasza sprawa — powiedział pewnym tonem, myśląc, że przed nim zwykła bezdomna.
Ale dziewczynka nie ruszyła się z miejsca.

— Tato, proszę… — wyjąła swoją ciepłą kurtkę i przycisnęła ją do piersi. — Dajmy im przynajmniej to. Maluszek marznie. Ma sine usta… takie same miała nasza mama, gdy umierała.
Te słowa uderzyły mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie. Mężczyzna zatrzymał się.
Powoli odwrócił się w stronę ławki i zrobił krok w kierunku kobiety, decydując się tylko ją obudzić, dać trochę pieniędzy na jedzenie i nocleg. Ale gdy się pochylił i cicho ją zawołał, kobieta gwałtownie otworzyła oczy i krzyknęła:
— Nie! Proszę, nie zabierajcie mojego dziecka! Błagam, oddam wam wszystko… tylko nie jego!
W tym momencie okazało się coś, co całkowicie zszokowało milionera…
Milioner cofnął się ze zdumienia. Ludzie wokół zaczęli się odwracać.
— Ciszej, ciszej… — mężczyzna uniósł ręce, pokazując, że nie stanowi zagrożenia. — Nikt nie zamierza zabierać waszego dziecka. Po prostu chcieliśmy pomóc.
Kobieta patrzyła na niego dzikim, wyczerpanym wzrokiem, potem jakby straciła siły. Zamknęła oczy i osunęła się. Niemowlę słabo jęknęło i wtedy milioner zrozumiał: nie chodzi o zimno. Dziecko było chore.
Nie wahał się dłużej. Zdjął płaszcz, otulił kobietę i niemowlę, zadzwonił do swojego kierowcy i wezwał prywatną karetkę.
W szpitalu okazało się coś, co odebrało mężczyźnie dech. Kobieta nie była bezdomna. Miała na imię Anna. Jeszcze rok temu mieszkała w normalnym mieszkaniu i pracowała jako pielęgniarka.

Ale po śmierci męża krewni wyrzucili ją z domu, dokumenty zaginęły, pieniądze się skończyły. Szukała pomocy, ale wszędzie słyszała to samo: „Przyjdź jutro”.
A dziecko… niemowlę zaczynało mieć ciężkie zapalenie płuc. Jeszcze jedna noc na ulicy — i lekarze nie dawali żadnych gwarancji.
Następnego dnia Anie załatwiono dokumenty, opłacono leczenie, zapewniono mieszkanie i pracę.
Przy wypisie Anna cicho powiedziała do mężczyzny:
— Gdybyście wtedy przeszli obojętnie… nie wybaczyłabym sobie, że nie udało mi się go uratować.