Osiem dziewcząt z drużyny siatkarskiej — córek wpływowych ludzi — złamało rękę biednej pianistce, niszcząc jej przyszłość; ale to, co zrobił jej ojciec, pułkownik, wprawiło wszystkich w szok.
Telefon zadzwonił w środku dnia, gdy Wiktor wracał z poligonu. Nieznany numer, krótkie sygnały, obcy głos, zbyt spokojny jak na takie słowa:

— Pańska córka jest w szpitalu. Proszę przyjechać natychmiast.
Kilka minut później zadzwonił drugi raz. Tym razem rozpoznał głos od razu. Kristi mówiła cicho, jakby każde słowo kosztowało ją ból:
— Tato… one zepsuły moje ręce. Nigdy więcej nie zagram na pianinie.
Po dwudziestu dwóch latach służby Wiktor przeszedł przez wiele, ale strachu poczuł po raz pierwszy właśnie teraz — gdy usłyszał drżenie w głosie własnej córki.
Kristina była jego jedynym sensem po śmierci żony. Kristi uwielbiała grać na pianinie. Muzyka stała się dla niej nie tylko pasją, ale przyszłym życiem. A teraz to życie zostało złamane w szkolnej szatni.
Dyrektorka liceum odmówiła wezwania policji. Mówiła o „dziecięcym konflikcie”, o „emocjach”, o „nieporozumieniu”, milcząc jedynie o jednym: wśród ośmiu napastniczek była jej własna córka.
Wiktor zacisnął kości rąk na kierownicy starego, wyeksploatowanego pick-upa i skierował auto w stronę ekskluzywnej dzielnicy. Nie krzyczał i nie groził. W środku było zimno i pusto, jak przed operacją bojową.

W gabinecie medycznym unosił się ciężki zapach jodu i strachu. Kristi siedziała skulona, z zabandażowanymi rękami. Palce prawie się nie poruszały, twarz była spuchnięta od łez.
Pielęgniarka cicho wyjaśniła, że nie była to przypadkowa bójka. Dziewczynkę czekano w szatni celowo. Osiem zawodniczek drużyny siatkarskiej, córek wpływowych rodziców, postanowiło „dać nauczkę” pianistce.
Rentgen nie pozostawiał złudzeń. Uszkodzenia były poważne, a pełne wyzdrowienie — pod dużym znakiem zapytania. Być może Kristi nigdy więcej nie będzie mogła grać tak jak wcześniej.
Wiktor wyprostował się. Ramiona się rozluźniły, spojrzenie stało się lodowate. Zrozumiał najważniejsze: te źle wychowane dzieci łamały nie tylko ręce, złamały przyszłość jego córki.
To, co Wiktor zrobił z tymi bezczelnymi dziewczynkami, wszystkich wprawiło w całkowity przerażenie.
Nie poszedł na policję. Nie zrobił skandalu. Nie dotknął żadnej z dziewczynek.
Wiktor zajął się rodzicami.
Metodycznie zbierał informacje: biznes, konta, stare umowy, ukryte aktywa, związki miłosne, „szare” schematy, zapomniane podpisy pod potrzebnymi dokumentami. Pracował cicho, bez emocji, jak przyzwyczaiła go służba.
Po tygodniu jeden ojciec niespodziewanie stał się bohaterem śledztwa korupcyjnego. U drugiego zamrożono konta „do wyjaśnienia”.
Trzeci został poproszony o odejście ze stanowiska z powodu ujawnionych faktów, o których wcześniej woleli milczeć. U czwartego zaczęły się problemy z urzędem skarbowym.

Nikt nie łączył tych zdarzeń ze sobą.
Kiedy Wiktor ponownie przyszedł do liceum, położył na biurku dyrektorki zaświadczenie medyczne, oświadczenia i starannie ułożoną teczkę z dokumentami.
— Nie chodzi o to, by ratować swoje dzieci przed odpowiedzialnością — powiedział spokojnie. — Trzeba nauczyć się je wychowywać.
Wszystkie osiem rodzin nagle stało się uległych. Dziewczynki zostały wydalone. Rodzice opłacili leczenie, rehabilitację i odszkodowanie. I najważniejsze — nikt więcej nie mówił o „dziecięcych wybrykach”.
Wiktor nie mścił się. Po prostu przypomniał dorosłym, że to oni odpowiadają za wychowanie swoich dzieci.