Na moim baby shower teściowa, Diana, urządziła prawdziwe widowisko okrucieństwa. Po serii pasywnie-agresywnych uwag przeszła do otwartego ataku.
— Liczy się tylko nazwisko rodziny — oznajmiła gościom. — Zdecydowałam: mojego pierwszego wnuka nazwę Artur.
— Diana — odpowiedziałam spokojnie — my z Markiem już wybraliśmy imię.

Publiczna odmowa wywołała w niej eksplozję. — Nie macie do tego prawa! — syknęła. — Jeśli ja nic nie znaczę w tym domu, to cała ta reszta też nic nie znaczy!
Rzuciła się na stół z prezentami i zaczęła je niszczyć, kulminacją był kryształowy wazon, prezent od mojej mamy, lecący w ścianę zaledwie kilka kroków ode mnie.

Mąż patrzył na krzyczącą matkę, a jego twarz zbielała. Próbował ją powstrzymać, ale wszystko na nic. Wtedy wyjął telefon i spokojnie wybrał 911:
— Dzień dobry. Chcę zgłosić zakłócanie porządku. Osoba niszczy moją własność i odmawia odejścia. Chcę złożyć doniesienie.

Policja przyjechała po kilku minutach, a Diana została usunięta z miejsca zdarzenia, szokując wszystkich gości…
Kilka tygodni później nadeszło oficjalne pismo od prawnika Diany: zakaz zbliżania się, obowiązkowe kursy kontrolowania gniewu.